niedziela, 25 października 2015

"Druki ścisłego zarachowania"

Trwają najważniejsze wybory po tych z 1989 r. Jest szansa by wreszcie Okrągły Stół został odesłany do Desy. I co? Liczne doniesienia o „nieprawidłowościach”, bo karty są jakieś nie takie.
Jak to w ogóle jest możliwe, by karty do głosowania, najważniejsze druki III RP, zaświadczające o tym, że żyjemy w kraju demokratycznym, nie podlegały ścisłej kontroli. Każdy kto prowadzi jakikolwiek biznes musi pilnować numeracji faktur czy innych ważnych papierów, bo za niedociągnięcia grożą poważne konsekwencje. Paradoksalnie, najważniejsze druki jakie mogą krążyć w demokracji, czyli karty do głosowania, traktuje się z większą nonszalancją niż kupony na loterię fantową.
Prawda jest taka, że dopiero Ruch Kontroli Wyborów powołany po bezczelnie „skręconych” wyborach samorządowych, zwrócił uwagę na bardzo dziwne „tańce ludowe” towarzyszące naszym formom elekcji. „Ruskie serwery”, które obsługiwały wybory po 10.04.2010 r,. były traktowane „lajtowo”, niestety także i przez PiS.
Moja teoria, że jeżeli w Smoleńsku był zamach, to tamta ekipa musiała mieć gwarancje, że nie odda władzy, ani odrobinę się nie zdewaluowała. Co więcej, podejrzewam, że Bronisław Komorowski został prezydentem w wyniku machlojek przy liczeniu głosów. W nocy jeszcze prowadził Jarosław Kaczyński, a rano już było tak jak trzeba.
Notabene Jarosław Kaczyński, będący w traumie po śmierci brata, miał zafundowaną najbardziej idiotyczną kampanię jaką można wymyślić w obliczu żałoby. W trzy miesiące  po jednej  z największych tragedii w historii Polski, kwartet Kluzik – Rostkowska, Jakubiak, Poncyliusz i Miglaski, tańczyli i śpiewali pod dźwięczne cykanie tamburynów, żeby zachęcić do oddanie głosu na prezesa PiS. Tego się nie da zapomnieć.
Gdy dzisiaj słyszymy doniesienia,  o nieprawidłowościach w kartach wyborczych w Sosnowcu, to człowiekiem targają tzw. mieszane uczucia. Co za zbieg okoliczności! Zabrakło PiS –u, a dwa razy była Platforma. Czy takie rzeczy w ogóle mogą się zdarzyć w normalnym państwie? Czy to że po 26 latach „wolności” trzeba pilnować wyborów, bo różne gminno-powiatowe cwaniaki mogą wyprodukować 20% głosów nieważnych, nie jest czymś kuriozalnym.
Trwa spór o konieczność utrzymywania ciszy wyborczej. U nas „wiodące” media są sztabem wyborczym niektórych partii, więc w tej sytuacji cisza ma jakiś minimalny sens. W uczciwym państwie, w dobie mediów elektronicznych i plakatów czy bilbordów, których nikt nie ściąga o 00:00 w sobotę taka cisza  nie ma sensu. Warto przypomnieć, że w wyborach 4.06.1989 r, nie obowiązywała cisza wyborcza. Był zakaz agitowania w lokalu. A wspominamy je jako sukces, jeśli chodzi o stronę formalną. To że potem zostaliśmy tak oszukani, że do dzisiaj wybory są bardziej jasełkami niż aktem demokracji, to już jest inna sprawa.
Satyrycznie brzmi groźba, że największym naruszeniem ciszy wyborczej jest publikowanie sondaży. Można za to dostać do miliona kary. Takie ustawienie hierarchii wyborczych występków jest przyznaniem, że w naszym systemie, zwanym chyba trochę na wyrost demokracją, sondaże są wyłącznie metodą manipulacji opinią społeczną, a ich rzetelność jest „mniej niż zero”.
Tu jeszcze należy podkreślić jedna rzecz. Sądy stojąc od lat po stronie fałszerzy wyborów, doprowadziły do rozplenienia się tego procederu. Zawsze to była mała szkodliwość i brak wpływu na ogólny wynik. A przecież gdy choćby głos jednego obywatela jest potraktowany byle jak, to znaczy, że żyjemy w byle jakim kraju.
Po ostatnich wyborach samorządowy tłumaczono rewelacyjny wynik PSL, bo ta partia była pierwsza w książeczce. Zgodnie z tą logiką, ta partia, która jest teraz pierwsza w książeczce do sejmu powinna zdeklasować konkurencję.
No chyba, że tym razem okaże się, że jednak książeczki były nie takie, ludzie głosowali na spis treści, a postawnie krzyżyka tam gdzie należy przekraczało ich możliwości intelektualne  i dlatego wynik uwłacza zdrowemu rozsądkowi. Dopilnowane wybory prezydenckie pokazały jakie są rzeczywiste preferencje Polaków. Tym razem nie możemy się też zgodzić nawet na minimalne przekręty. Dopilnujmy wreszcie tej wolności i tej demokracji, o jakiej tak ochoczo trąbią ci, którzy chętnie ją podepczą przy urnie wyborczej.

Ryszard Makowski

niedziela, 11 października 2015

Zatruwają Elbląg

W oczach rośnie na ulicach naszego miasta liczba często starych i wysłużonych (za zachodnią granicą) volkswagenów. Passaty, golfy... ani nie są ładne, ani ekonomiczne jak się je reklamuje i w dodatku jak piszą media:
Volkswagen będzie musiał zapłacić zarówno kary państwowe, jak i zmierzyć się z ogromnymi wydatkami związanymi z wymianą oszukańczego oprogramowania pomiaru spalin w nawet 11 milionach samochodów na świecie - pisze we wtorek agencja Associated Press.
/Nowy oszukany, a co dopiero stary złom... /
Firma już odłożyła 6,5 mld euro na pokrycie kar i napraw, ale - jak wskazuje AP - to dopiero początek. Niektórzy eksperci oceniają, że rachunek na koniec może być aż pięciokrotnie wyższy.
Spodziewany jest również spadek sprzedaży. Poza tym całe lata może zająć odbudowywanie wizerunku marki - nieuchwytnej wartości budowanej przez dziesięciolecia, co jest - jak wskazuje AP - być może najgorszą wiadomością dla Volkswagena.
To są szkodliwe sprawy, które wykraczają poza zaniedbania i niekompetencję
— powiedział Jeremy Robinson-Leon z nowojorskiej firmy PR-owej Group Gordon.
Mamy tu do czynienia z oszustwem i to bezczelnym oszustwem
— ocenił./http://wpolityce.pl/swiat/267593-afera-spalinowa-pogrzebie-volkswagena/

Czy jednak przeciętny zjadacz chleba w Polsce poskrobie się po czole zanim kupi takie auto często złożone z trzech innych w Niemczech lub Polsce? 

Polacy ponoć "nie gęsi' .. ale bezmyślnych nie brakuje. Ktoś nad tym pracuje, by tak było. Polska staje się śmietnikiem Europy co też widać. 
Stare ciuchy, rupiecie, i wysłużone samochody...

Tymczasem czekam na nowego "Poloneza"

http://moto.pl/MotoPL/1,88389,17980887,Polonez_2015___Tesknota_za_polskimi_samochodami.html

JG
 

"Spadkobiercy pegeerów" nadchodzą...

Na oficjalnej stronie UM czyli Urzędu Marszałkowskiego naszego województwa w-m przytoczono jako "sztandarowe" słowa z Konstytucji RP:
"Obywatel ma prawo do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. Prawo to obejmuje również uzyskiwanie informacji o działalności organów samorządu gospodarczego i zawodowego a także innych osób oraz jednostek organizacyjnych w zakresie, w jakim wykonują one zadania władzy publicznej i gospodarują mieniem komunalnym lub majątkiem Skarbu Państwa."
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej
Art. 61
Otóż to. 
1/ Czy poinformowano opinię publiczną o tym, że podpisano  (marszałek województwa Gustaw Marek Brzezin) umowę na osiedlenie emigrantów ze Wschodu (tych co do Niemiec się pchają) w dawnych opuszczonych gospodarstwach nazywanych PGR? Czy wicemarszałek Jacek Protas o tym wie i czy ten temat jest ujęty w jego kampanii wyborczej?

2/ Czy decyzję z kimkolwiek konsultowano?
3/ Dlaczego nie zapytano Polaków czy na "to" się zgadzają?
4/ Ile "operacja" ta będzie kosztowała podatnika? 

Czy z racji bliskich wyborów sprawa ta pozostaje "tajemnicą poliszynela"? 
"W roku 1991 u progu polskiej transformacji ustrojowej i gospodarczej Ośrodek Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego zorganizował konferencję noszącą ty­tuł „Co dalej z Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi?” Konferencja miała zwrócić uwagę na fakt, że problemy PGR, zwłaszcza upadek wielu tych gospodarstw, to dramat pracowników w nich zatrudnionych. Warmia i Mazury to region rolniczy. We włada­niu ziemią przed rokiem 1989 udział gospodarki uspołecznionej sięgał około 50%. Na po­czątku okresu transformacji na terenie ówczesnego województwa olsztyńskiego istniało około stu dużych przedsiębiorstw i kombinatów rolnych. Utworzona w 1991 r. Agen­cja Własności Rolnej Skarbu Państwa, która dziś nosi nazwę Agencji Nieruchomości Rolnych, przejęła grunty, zabudowania i cały majątek 295 Państwowych Gospodarstw Rolnych. Nastał czas ich przekształceń, sprzedaży ziemi, inwentarza, zwierząt hodow­lanych. PGR-y nie wytrzymały obciążeń finansowych (dywidendy, popiwku, płatności ZUS), nie otrzymywały tanich kredytów, a na zaciąganie drogich nie było ich stać. Koń­czył się świat Państwowych Gospodarstw Rolnych. W toku transformacji najbardziej stracili pracownicy. Część z nich odeszła na emeryturę, rentę, a większość stała się bez­robotnymi żyjącymi ze skromnych socjalnych zasiłków. Upadek PGR dotknął całe wsie i miasteczka warmińsko-mazurskie. Trzeba było czasu, by pojawili się ludzie na tyle energiczni, by przynajmniej niektóre z dawnych gospodarstw przejąć, zatrudnić najlep­szych pracowników i zacząć uprawiać ziemię. Jeszcze po dzień dzisiejszy ogromne po­łacie ziemi w naszym województwie leżą odłogiem."  /
/prof. dr hab. Stanisław Achremczyk/
Owszem, wiele ziemi po dawnych pegeerach ma swoich dzierżawców i właścicieli. Wielu z nich wspaniale gospodarzy... Co jednak nie daje odpowiedzi na postawione pytania. Proceder wyprzedawania polskiej ziemi pod tzw słupy dla obcokrajowców staje się coraz bardziej powszechny. 
Przykład:

Kolejni spadkobiercy Warmiaków domagają się odszkodowań 

Ponad 130 tysięcy złotych domagają się spadkobiercy dawnych mieszkańców Warmii za pozostawione po wyjeździe do RFN gospodarstwo rolne. Chodzi o rekompensatę za nieruchomość rolną w Gietrzwałdzie pod Olsztynem.
Do sądu w Olsztynie trafiły dwa pozwy w tej sprawie. Jak poinformował pełnomocnik ubiegających się o odszkodowanie mec. Wojciech Wrzecionkowski chodzi o liczącą 5,5 hektara nieruchomość w Gietrzwałdzie, którą po wyjeździe warmińskiej rodziny Sikorskich w latach 70. XX wieku przejął Skarb Państwa.
Ponad 4 hektary kupili nowi właściciele. Spadkobiercy nie mogą się ubiegać o zwrot ziemi, ponieważ chroni ją rękojmia księgi wieczystej. Mogą dochodzić jedynie odszkodowania od Skarbu Państwa, które jest rekompensatą za utraconą nieruchomość. Dwoje rodzeństwa żąda zatem od Skarbu Państwa, w dwóch odrębnych pozwach, w sumie ponad 130 tysięcy złotych.
Ich brat Andreas Sikorski otrzymał już, na drodze sądowej, 66 tysięcy złotych. Rozpatrując pozew Andreasa Sikorskiego sąd powołał biegłego do wyceny nieruchomości, który oszacował ją na 198 tysięcy złotych. Ponieważ Andreas Sikorski jest jednym z trzech spadkobierców, to sąd okręgowy przyznając odszkodowanie zdecydował o wypłacie przez Skarb Państwa 1/3 oszacowanej przez biegłego kwoty, co w rezultacie dało 66 tysięcy złotych. Rodzeństwo będzie ubiegać się jeszcze o zwrot 1-hektarowej nieruchomości leśnej, przejętej przez Lasy Państwowe.
W olsztyńskich sądach toczy się kilka spraw dotyczących roszczeń dawnych mieszkańców Warmii i Mazur, którzy wyjechali na stałe w latach 70. XX w. do Niemiec. Najgłośniejszą sprawą o odzyskanie mienia była sprawa Agnes Trawny, która kilka lat temu ubiegała się o zwrot gospodarstwa w Nartach koło Szczytna, należącego do Skarbu Państwa i zarządzanego przez Lasy Państwowe. Sądy – Rejonowy w Szczytnie i Okręgowy w Olsztynie – odmówiły jej zwrotu mienia, natomiast Sąd Najwyższy przyznał jej rację i nakazał zwrot gospodarstwa.

więcej przykładów:

Jakie prawa będą mieli, głównie islamscy "azylanci" z krajów Wschodu? Na jak długo "otoczeni" będą opieką państwa polskiego?


/JG/


 

 




piątek, 9 października 2015

"Jak morze trafiło do hymnu" - czyli kiedy morze "trafi" do Elbląga przez przekop

Historia mało znana, acz bardzo ciekawa:

Jak Czarniecki do Poznania, po szwedzkim zaborze, dla ojczyzny ratowania, wrócim się przez morze” - nieraz w tym tygodniu słuchalismy albo śpiewaliśmy te słowa z “Mazurka Dąbrowskiego”. O jakim jednak morzu mówi nasz hymn narodowy? I co z nim wspólnego miał Stefan Czarniecki?
“Pieśń Legionów Polskich we Włoszech” nazwana później “Mazurkem Dąbrowskiego” napisana została przez Józefa Wybickiego w 1797 roku w Lombardii gdzie, przy armii napoleońskiej, powstawały Legiony Polskie. Był to jeden z najbardziej dramatycznych momentów historii Polski – świeży przecież był jeszcze szok po upadku powstania kościuszkowskiego i trzecim rozbiorze. Nic zatem dziwnego, że znajdujący się na emigracji Polacy potrzebowali pokrzepienia. W swojej pieśni Wybicki siegnął po te momenty naszych dziejów, które mogły im dawać nadzieję na odzyskanie wolności. Stąd w rękopisie poety jej druga zwrotka zabrzmiała: “Jak Czarnecki do Poznania, wracał się przez morze, dla ojczyzny ratowania, po szwedzkim rozbiorze.
Wybicki odwołuje się tu do postaci Stefana Czarnieckiego, który wiek wcześniej był jednym z tych, którzy przyczynili się do pokonania Szwedów w czasie tzw. potopu. Ze względu na niewielkie jeszcze wtedy oddalenie czasowe, słowa poety były w pełni zrozumiałe dla ówczesnych słuchaczy. Potem ich znaczenie powoli się zacierało, stając się, dla dzisiejszego słuchacza, niejasne.
Historyczne kilka minut
Do wydarzenia opisanego przez Wybickiego doszło w roku 1658 w czasie wypadu polskich wojsk pod dowództwem Czarnieckiego do Danii. Polacy mieli pomóc Duńczykom w ich wojnie ze Szwedami. Ekspedycja ta stanowiła tylko epizod w polsko-szwedzkich zmaganiach XVII wieku. I być może pamiętaliby o niej jedynie skrupulatni badacze tamtego okresu, gdyby nie fakt jej spopularyzowania przez Jana Chryzostoma Paska, najwybitniejszego pamiętnikarza Polski szlacheckiej.

W większości przypadków Pasek osobiście brał udział w opisywanych przez siebie wydarzeniach. I choć jego “Pamiętników” nie można brać całkowicie bezkrytycznie, to jednak pozostają najcenniejszym źródłem, które pozwala zrekonstruować przebieg duńskiej kampanii Czarnieckiego.
Na pomoc Danii wyruszyło 25 polskich chorągwi oraz 10 kompanii dragonów, w sile około 5 tysięcy ludzi. Wojsko zostało podzielone na trzy oddziały. Głównymi siłami dowodził osobiście Czarniecki, dwoma następnymi: Krzysztof Żegocki i Piotr Opaliński. Na początku listopada 1658 roku korpus skoncentrowany został w okolicach duńskiego miasteczka Haderslev.

Czekając na kontakt z wrogiem, Sarmaci obserwowali duńskie obyczaje i niektórym bardzo się dziwili. „Nago sypiają, tak jako matka urodziła, i nie mają tego za żadną sromotę, rozbierając się i ubierając jedno przy drugim (...). Na to zaś nagie sypianie powiedają, że „ma dosyć za swe koszula i inszy ubiór, co mi służy przez dzień i okrywa mię; powinna też przynajmniej w nocy mieć swoją ochronę, a do tego co mi po tym robaki, pchły brać ze sobą na nocleg do łóżka i dać się im kąsać, mając od nich w smacznym spaniu przeszkodę!” - relacjonuje Pasek.
Największe kłopoty sprawili Polakom Szwedzi zgrupowani na północy od Haderslev w Koldyndze i Frederiksodde oraz na południu na wyspie Als. I to właśnie przeprawa na tę ostatnią została uwieczniona przez Wybickiego jako „wrócenie się przez morze”. Gwoli prawdy trzeba przyznać, że nie było to właściwie całe morze, a jedynie cieśnina (co dla legendy okazało się bez znaczenia). Wyspa Als ma 312 kilometrów kwadratowych powierzchni i oddzielona jest od stałego lądu cieśniną Als Sund, o szerokości od kilkuset metrów do kilku kilometrów. Według ustaleń naukowców, przeprawa na wyspę odbywała się w miejscu, gdzie szerokość cieśniny wynosi około 420-500 metrów, a głębokość 10 metrów.
Na Als Polacy ruszyli 14 grudnia 1658 roku o świcie. Pomimo zimy dzień był ciepły, morze spokojne. „Sam tedy, przeżegnawszy się, Wojewoda (Czarniecki – red.) wprzód w wodę, pułki za nim (...) kożdy za kołmierz zatchnąwszy pistolety a ładownicę uwiązawszy u szyje.” Według wszelkich szacunków przeprawa nie była ani specjalnie uciążliwa (temperatura wody wynosiła tego dnia prawdopodobnie około 3 stopni Celsjusza), ani długa – trwała najwyżej kilkanaście minut.
Pasek wspomina jednak, że żołnierze zatrzymali się na chwilę dla odpoczynku na mieliźnie położonej pośrodku cieśniny. Kronikarz wyznaje: „Po owej robocie, jak się wojsko dorwało do ciepłej izby, kto kogo mógł złapać, lubo chłopa, lubo też kobietę, to zaraz odarł z koszuli, żeby się przewlec.”
Niektórzy historycy poddają w wątpliwość tę relację Paska, a nawet jego udział w przeprawie na Als. Według nich Polacy pokonali cieśninę nie wpław, ale na łodziach ciągnąc za nimi, na linach i uzdach, swoje konie. Być może pierwsza wersja wydawała się Paskowi bardziej „bohaterska” i dlatego ją właśnie przytacza? Tak czy owak żołnierze Czarnieckiego zaskoczyli Szwedów nie spodziewających się ataku od strony wody.
Wodny żołnierz
Największym sukcesem przeprawy na wyspę Als było zdobycie twierdzy Sonderborg. Po jej zajęciu Polacy zostawili tam duńskiego dowódcę, a sami powrócili do Haderslev. Kilkanaście dni później zdobyli kolejne ważne zamki – Koldyngę i Frederiksodde. „Po owej szczęśliwej wiktoryjej (zdobyciu Koldyngi - red.) - wspomina Pasek – poszliśmy nazad, kożdy do swego stanowiska, bo trzeba było w tak wielką uroczystość mszej świętej słuchać. (...) Tak tedy stanęło wojsko; nagotowano do mszej na pniaku ściętego dębu i tam odprawiło się nabożenstwo, napaliwszy ogień do rozgrzewania kielicha, bo mróz był tęgi. „Te Deum laudamus” – śpiewano aż po lesie rozlegało. Klęknąłem ks. Piekarskiemu służyć do mszej; ujuszony ubieram księdza aż Wojewoda rzecze: „ Panie bracie, przynajmniej ręce umyć”. Odpowie ksiądz: „Nie wadzi to nic, nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną dla imienia swego”.
Polacy stacjonowali w Danii przez całą zimę 1658/1659 kończąc kampanię w okolicach Aarhus. Tam nasz zacny kronikarz wybrał się pierwszy raz na pełne morze. „Zażywaliśmy tam też rekreacyjej różnej na morzu, wsiadłszy w barkę. Kiedy woda spokojna była, to bywało jeno stanąć spokojnie a pojazdami nie robić, to się rozmaitego napatrzył stworzenia, rozmaitej gadziny i zwierzów morskich, cudownych ryb” - pisze w „Pamiętnikach”. Zdarzyło mu się także przeżyć kilka morskich przygód łącznie z udziałem w potyczce pomiędzy okrętami holenderskimi a szwedzkimi. Po tym dowódca holenderskiej eskadry chwalił Paska przed Czarnieckim, że „choć polowy żołnierz, nie wzdrygał się wodnej bitwy.
W lipcu 1659 roku król Jan Kazimierz odwołał swoich żołnierzy z Danii. Pozostał tam tylko oddział złożony z tysiąca ludzi pod dowództwem Kazimierza Piaseczyńskiego. Rok później w Oliwie podpisano traktat pokojowy kończący polsko-szewdzkie zmagania. Stefan Czarniecki zmarł w pięć lat później z hetmańską buławą w ręku. Pasek przeżył go o 36 lat (umierając w 1701 roku). Do końca życia opowiadał o swoich przygodach w Danii ubarwiając je z czasem i ubierając w coraz bardziej fantastyczne elementy.
Jedną z takich opowieści przytacza w „Pamiętnikach”:„Miałem tam różne uciechy i zabawy, widząc takie rzeczy, czego w Polszcze widziec trudno (...) jest tam ryba tak straszna, że jenom na ścianach kościelnych malowanego widywał owego, co mu płomień z gęby wychodzi, i mówiłem "Gdyby mi głód największy był, to bym tej ryby nie jadł”. Aż kiedym był w domu szlacheckim, między inszymi potrawami (bo tam dają na stół i mięso, i ryby jednakowo) począłem rybę jeść, aż w niej okrutnie smak dobry; nuż ja ją jeść, żem prawie z owego półmiska sam zjadł. Rzecze szlachcic: „Hic est piscis, quem Sua Dominatio diabolum nominavit” („Oto ryba, którą Wasza Wielmożność nazwał diabłem”). Skonfundowałem się okrutnie, alem widział, że ją i oni ze smakiem jedli; a druga, nie wierzyłem, żeby ta, bo mi się widziało niepodobna, aby w tak brzydkim ciele miało być smaku tak wiele.”


sobota, 3 października 2015

Aniela Wiesława Grudzińska i Mirosław Duszak - odznaczeni Elblążanie

33 osoby, w historycznej sali BHP, zostały odznaczone Krzyżem Wolności i Solidarności. To odznaczenie państwowe przyznawane jest przez prezydenta RP od czterech lat, byłym działaczom opozycji antykomunistycznej. Prestiżowa nagroda dla Radia Gdańsk. Otrzymaliśmy wyróżnienie Pomorskiej Organizacji Turystycznej Radio Gdańsk znowu docenione. Z okazji jubileuszu 70-lecia działalności rozgłośni, 

To bardzo ważna chwila dla tych osób podkreślał dyrektor biura udostępniania i archiwizacji dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej Rafał Leśkiewicz - Krzyż Wolności i Solidarności to odznaczenie wyjątkowe ponieważ nie można go dostać za współczesne dokonania i czyny. - Przyszedł czas sierpnia i zaczęła się dziać wielka historia. Zajmowałem się fotografią w tamtym czasie i miałem świadomość, że dzieją się historyczne rzeczy. Zacząłem to wszystko rejestrować i fotografować. Okazało się, że dzisiaj po tylu latach to, co ja sfotografowałem nareszcie znalazło swoje miejsce w Europejskim Centrum Solidarności, dodał jeden z nagrodzonych Stanisław Składanowski. Wśród uhonorowanych znalazł się także kierownik Redakcji Informacji Radia Gdańsk Wojciech Jankowski. W imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy odznaczenia wręczył Prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Łukasz Kamiński następującym osobom: Krzyż Wolności i Solidarności Dowgiałło Krzysztof Maria, Drążek Janusz, Duszak Mirosław, Głuch Paweł, Gołąb Bogusław Kazimierz, Grudzińska Aniela Wiesława  Grządzielski Henryk, Grzelak Grzegorz Andrzej, Etc Władysław Konstanty, Jagusiak Adam, Jankowski Wojciech Radosław, Kolińska Anna, Koliński Andrzej Kazimierz, Kończewski Zbigniew Bronisław, Kozłowski Grzegorz Andrzej, Kreft Antoni Józef, Kubiński Wojciech Marcin, Mackiewicz Jerzy, Modzelewska-Rybicka, Magdalena Sylwia, Pałubicki Jerzy, Pusz Krzysztof Zbigniew, Reszkowski Leon Zbigniew, Rybicki Mirosław Bogdan, Składanowski Stanisław, Stobiecki Leon Stanisław, Szymański Benedykt, Szymecki Eugeniusz Zbigniew, Świtek Marian Leszek, Wojciechowicz Michał Rafał, Zamościński Krzysztof, Zieliński Jan Pośmiertnie Bądkowski Leszek Mieczysław, Rybicki Arkadiusz Czesław, Zapolnik Jan Zobacz biogramy odznaczonych:  

Czytaj więcej: http://radiogdansk.pl/index.php/wydarzenia/item/29149-33-dzialaczy-opozycji-antykomunistycznej-nagrodzonych-wreczono-krzyze-wolnosci-i-solidar

wtorek, 22 września 2015

Polski coraz mniej

Sąd Okręgowy w Olsztynie zasądził w środę 66 tys. zł mieszkającej w Niemczech Teresie Kolakowski za ziemię w Gietrzwałdzie, jaką jej rodzice zostawili w 1978 roku
—poinformował pełnomocnik kobiety mecenas Wojciech Wrzecionkowski.
Rodzice Teresy Kolakowski, państwo Sikorski, byli Warmiakami, mieszkali w Gietrzwałdzie. W 1978 roku wyjechali do Niemiec, a ich ziemię przejęła miejscowa gmina. Spadek po rodzicach podzieliło między siebie troje ich dzieci, wśród nich Teresa Kolakowski, której w spadku przypadły 4 ha ziemi.
Jedno z tych dzieci już odzyskało pieniądze za majątek pozostawiony w Gietrzwałdzie, dziś sąd zasądził pieniądze pani Teresie, a w październiku rozpocznie się sprawa ostatniego z dzieci
—poinformował mecenas Wojciech Wrzecionkowski.
Każde z rodzeństwa domaga się po 66 tys. zł. Sądy jak na razie przystają na wysokość tych roszczeń.
Mecenas Wrzecionkowski podkreślił, że sprawa o zapłatę za majątek po rodzicach Teresy Kolakowski przebiegła niezwykle sprawnie, bo pozew został wniesiony w kwietniu. Kolakowski do pozwu od razu dołączyła zrobioną przez biegłego wycenę majątku.
W sądzie w Olsztynie toczyło się dotąd już kilkadziesiąt spraw za mienie pozostawione przez Warmiaków i Mazurów, którzy wyjeżdżali do Niemiec w czasach PRL. O zapłatę ze Skarbem Państwa sądzili się zarówno ci, którzy wyjeżdżali (najgłośniejszym i najbardziej znanym jest sprawa Agnes Trawny) oraz ich spadkobiercy. Zdecydowana większość tych osób mieszka obecnie w Niemczech.
ann/PAP